Halo, słucham?
Po wczorajszej porażce ze statystyki (bez komentarza), dzisiejszy dzień rozpoczął się od dobrej wiadomości. Otóż Panie i Panowie 30 maja roku pańskiego 2008 w miejscowości Białystok o godzinie 19.00 rozpocznie się ważne dla mnie wydarzenie muzyczne! Otóż pragnę ogłosić, że do mojego miasteczka zawita formacja powszechnie znana pod nazwą Lao Che. I wszystko byłoby pięknie i oh i ah, gdyby nie jeden fakt. Na Boga, kto organizuje takie koncerty w kinie, przecież to samobójstwo jest! Mam ogromne obawy przed tym jak to ma wyglądać. O ile jeszcze cenę biletu przeboleję, to miejsce jest dla mnie absolutnym nieporozumieniem. Tej muzyki nie da się słuchać "na siedząco"! Tym bardziej ostatnia płyta, przecież mocno taneczna jest! Może trzeba zadzwonić do kina, żeby chociaż krzesła wykręcili, ale znając życie i białostockie realia - "paaaniee, kto tu będzie to wykręcał i wynosił, te krzesła są tu od zawsze!" pewnie nie wypali. Jeśli macie jakieś pomysły jak przekonać organizatorów do zmiany miejsca koncertu / odpowiedniego przygotowania kina, dajcie znać. Został jeszcze trochę ponad miesiąc.
Działajmy ;)
Eh, co za dzień!
Zaczęło się, jak zwykle, niewinnie. Obudziłem się koło 6, super wyspany, mimo, że spałem jakieś 5 godzin i zniechęcony myślą o zerwaniu się z łóżka zasnąłem na prawie dwie kolejne ;) Zbudził mnie dźwięk telefonu domowego, którego obecność muszę znosić w swoim pokoju. No dobra odbieram...
- Dzień dobry, z tej strony Bogusław Jakiśtam, dzwoniłem do pana tydzień temu, chciałbym się dowiedzieć co z decyzją o przydzieleniu mnie jako zawodowego szeregowego... - oznajmił głos w słuchawce
- Dzień dobry, przykro mi ale pomylił pan numery, to telefon prywatny - odpowiedziałem, pan przeprosił i odłożył słuchawkę.
Nie ma to jak rozpocząć dzień od miłego telefonu ;) Zwlokłem się leniwie z łóżka, toaleta poranna, zjadłem śniadanie i zabrałem się do pracy. W trakcie walki z IE po raz kolejny zadzwonił telefon. Tym razem kobieta.
- Czy to jednostka wojskowa?
- Nie, pomyłka
Krótko, lecz treściwie. Ok. Skończyłem robotę, spakowałem się i już wychodzę na uczelnię, a tu dzwoni na moją komórkę jakiś obcy numer.
- Te są po 10 zł - oznajmiła łamiącym się głosem starsza(?) pani
- Słucham?
- Eeee... Yyyyy... Wybrałam nie to co chciałam... - powiedziała po czym rozłączyła się.
No cóż, bywa i tak. Z myślą o tym czym mnie dzisiaj życie zaskoczy wyszedłem z domu. Ledwie doszedłem do przystanku, zadzwoniłem do Eweliny i w trakcie rozmowy słyszę niemałe BUM. Wypadek. Koleś wyjeżdżał osobowym Oplem z przystanku (co on tam robił?) no i wjechał wprost pod jadący do zajezdni autobus, który na przystanku się nie zatrzymuje. Na szczęście kierowcy nic się nie stało, sam wysiadł z samochodu bez najmniejszego draśnięcia. Otrzepał tylko się z rozbitej szyby i zadzwonił po pomoc drogową. Przez ten wypadek zrobił się niewielki korek, przez co spóźniłem się na zajęcia. Na uczelni nic szczególnego się nie zdarzyło, powrót również był spokojny. Teraz siedzę w domu z wizją pisania sprawozdania z technik cyfrowych, przygotowania do jutrzejszych zajęć i piątkowego kolokwium z algebry i poniedziałkowego z drutów.
Poza tym wpadłem w nałóg pisania rymów nocnych i dziwnych, które lądują w skrzynce odbiorczej Eweliny. A jak już przy niej jesteśmy to wypada oficjalnie napisać, że poprzedni wpis to (nie dla wszystkich) oczywiście żart, który wywołał całkiem sporą burzę i nieoczekiwane reakcje poszczególnych osób ;)
Kiedy serce bije mocniej :)
Właściwie nie miałem kiedy o tym napisać, a jest o czym. Część osób zastanawiało moje nieprzyjście w poniedziałek na zajęcia. Otóż powód nie był taki błahy. Po powrocie w niedzielę z biwaku z 56, postanowiłem zrobić coś, na co kiedyś bym się nigdy nie odważył. Ale zacznijmy od początku...
Niedziela godz 17.00 myślę sobie lekko zaspany, że jutro trzeba oddać projekt z programowania. Zmęczenie jednak nie pozwala mi na skończenie owego programu i kładę się spać na 2 godzinki. Wstałem koło 19 i stwierdziłem, że coś się jutro stanie. No i postanowiłem. Oświadczę się Ewelinie. Szybkie sprawdzenie pociągów do Stolicy i myśl - "cholera! nie mam pierścionka!". No cóż trudno, kupię w Warszawie. Koło 21 położyłem się spać. Pociąg miałem o 6.05. Wstałem o 5, szybko się umyłem, włożyłem najlepsze ciuchy, szybko coś zjadłem, wsiadłem w taksówkę i pojechałem na dworzec pkp. Na szczęście ludzi było mało i w miarę wygodnie rozłożyłem się w przedziale. Serce biło mi coraz mocniej, a to dopiero początek.
Podróż trwała trochę ponad dwie godziny i zleciała dziwnie szybko. Myśli w głowie miałem coraz więcej. Wysiadłem na centralnym. Ewelina ma w poniedziałek WF rano, miałem czas do południa, jakieś 4 godziny, niewiele jak na zrobienie zakupu, odnalezienia się w wielkim mieście i przygotowanie się do zadania najważniejszego pytania. No ale cóż, jak przygoda to przygoda :) Niepewnym krokiem ruszyłem w stronę Apartu. Za oknem słońce świeciło coraz mocniej i pierścionki pięknie lśniły. Ich ceny również :P Wzrok mi latał jak piłeczki od ping ponga. Ale trzeba było wziąć się w garść. Jedno krótkie spojrzenie i już wiedziałem. On patrzył na mniej, a ja na niego. "To musi być ten pierścionek!" pomyślałem. Nie wiem dlaczego ale po prostu wiedziałem że to ten. Uśmiechnięta Pani przy kasie, elegancko zapakowała mój wybór. Dobrze, że wziąłem kartę ;) pieniądze przeznaczone na iPoda poszły na pierścionek ;) i nie żałuję ;) Z pierścionkiem w kieszeni i uśmiechem na twarzy opuściłem sklep. Ok. Pierścionek jest, jeszcze kwiaty i najważniejsze, nie miałem pomysłu na zadanie pytania...
Do oświadczyn zostały 3 godziny. Poszedłem na postój taksówek. Starszy, siwy pan, w wielkich okularach przeciwsłonecznych siedział na fotelu kierowcy i leniwie czytał gazetę. Otworzyłem drzwi od jego merca, przywitałem się i poprosiłem, żeby mnie zawiózł do kwiaciarni w okolice Łazienek. Po skończonym kursie, poprosiłem, żeby dał mi numer do siebie. Chciałem żeby przywiózł Ewelinę do Łazienek, ale o tym za chwilę. Kwiaty. Nie mam jakiegoś super zmysłu estetycznego, dlatego polegałem na intuicji kwiaciarki. Wielki bukiet krwistoczerwonych róż, powstawał w zastraszającym tempie. Wyszedł naprawdę super! Tak mi się przynajmniej zdawało, wiadomo - stres ;) kolejna godzina z głowy. W międzyczasie zadzwoniłem do Eweliny, była już po W-Fie, w domu. Powiedziałem że za godzinę przyjedzie taksówka po nią, opisałem taksówkarza. Zaskoczona, spytała czy to nie żart, odpowiedziałem, że nie, żeby mi zaufała. Miałem więc jakieś 1,5 godziny. Zadzwoniłem do taksówkarza, wcześniej mu zapłaciłem za ten kurs, powiedział, że będzie punktualnie. Wszystko szło zgodnie z planem...
Przyjechała. Pytanie miałem w głowie. Schowałem się i zadzwoniłem do niej, obserwując jak idzie. Kazałem jej usiąść na ławce. Nigdy nie zapomnę tego widoku, ani tego co działo się dalej. To było niesamowite :) Reszta niech zostanie słodką tajemnicą :)
Kocham Cię Skarbie!
O wszystkim i o niczym część któraśtam
Wiosna za pasem, kończy się marzec, Wielkanoc w trakcie, a życie pędzi jak szalone. Za 3 miesiące będę w trakcie jednych najważniejszych egzaminów w moim życiu. Od ich wyników zależeć będzie moje przeniesienie się na lepszą uczelnie. Rodzice otwarcie powiedzieli, że na pierwszy rok drugi raz mi nie pozwolą iść - jak już zacząłem to mam zakończyć w terminie. No nic, czas wziąć się porządnie do roboty. W tym tygodniu może uda mi się zakupić rower, muszę tylko wybrać jakiś sensowny bo z "komunijnego" już dawno wyrosłem i jeździć na nim się nie da.
Chciałem jeszcze pomarudzić o Wielkanocy, ale przeszło mi. Chyba się starzeje bo piszę bez sensu...
Grunt, to wiedzieć o co chodzi
Rozmowa dotyczyła podpięcia wyników z programu dla statystyków do relacji live z wydarzeń sportowych...
x: ale to w jakim formacie?
y: hgw
x: pierwsze slysze
y: hgw? *uj go wie
(:
Wcześniejsze wpisy Nowsze wpisy


